Zaprzyjaźnić się ze śmiercią

Tytuły artykułów robią największą robotę w internecie. Kreatywność ich twórców doprawdy nie zna granic. Problem główny jednak polega na tym, że wiele osób buduje sobie często obraz całego artykułu właśnie na bazie samego tytułu, który często wyrwany jest z... kosmosu.

Dziś miało być o książce napisanej przez Tchich Nhat Hanh-a "Każdy krok niesie pokój". Znowu buddyjski mnichu 😉 napisał coś fajnego. Świetna lektura. Bardzo odstająca od aktualnych bestselerów. O Tchichu usłyszałem parę miesięcy temu od Daniela, a zainteresowałem się, wstępnie bardzo przelotnie, jego osobą tuż po jego śmierci w styczniu 2022. Wrócił do mnie w specyficzny sposób właśnie teraz, początkiem czerwca 2022. I dopiero teraz dotarło do mnie, że go już nie ma. Założenie aby pisać o książce rozjechało się jednak, wiec będzie o czym innym. Książka kiedy indziej.

Dzieje się co jakiś czas w moim życiu coś na zasadzie przypadku, splotu wydarzeń. Jest też inna możliwa interpretacja, niektóre wydarzenia zauważamy dopiero wtedy, gdy jesteśmy na nie gotowi. Wcześniej mogą przejść niezauważalne. Wybierz, która opcja Ci pasuje i pomyśl przy okazji jakim sposobem trafiłeś/trafiłaś tutaj 🙂

Wracając do tematu... Okazuje się, że nasza optyka często zmienia się po czyjejś śmierci. Jak jest to ktoś bliski to mamy często wyrzuty sumienia, że mogliśmy coś zrobić, może częściej się spotykać? Może być bardziej wyrozumiali? Grzeczni? Milsi? Gdy umiera ktoś daleki, znany, żałujemy, że jego przestrzeń nie weszła bardziej w naszą. Że nie czytaliśmy jego książek, jeżeli był pisarzem, nie słuchaliśmy muzy, jeśli był artystą. Wiesz o co mi chodzi, mam nadzieje.

Taka refleksja po fakcie. Ale okazuje się, że niektórzy z nas potrzebują właśnie takiego kopa w d***, bo inaczej życie do nas nie trafi. Dosadnie to brzmi ale trudno. Tak ma być. Gdy popatrzymy jednak szerzej na ten aspekt to znajdziemy sens w tej śmierci. Ja probuję się z nią zaprzyjaźnić od dawna, ale ciągle mi to nie wychodzi. Boję się jej, bo mnie przeraża.

Znam kilka osób, niektóre mi bardzo bliskie, które nie boją się śmierci. Osobiście powiem, że gdy dojdę do tego stanu oraz gdy osiągnę drugi równie ważny tzn. nie będę potrzebował już niczego więcej, to będę w siódmym niebie. Moje spełnienie będzie maksymalne. Wyobraź sobie - żadnych ograniczeń dla umysłu, żadnych potrzeb, brak przywiązania do ciała, ludzi i dóbr rzeczywistych. Z jednej strony abstrakcja totalna, a z drugiej totalne wyzwolenie. Zrozumienie istoty bytu. Spełnienie totalne i cel wielu medytujących.

Ach...

Ale tu uwaga. Zawsze jest jakieś ale... Jak sobie człowiek wyznaczy taki cel i do niego dąży to już z samego założenia ma przerąbane. Myśli o tym, spina się, dąży, wyobraża sobie jak by to było gdyby. Robi to co ja kilka linijek wyżej. I co wtedy? Jak żyć gdy się wpada w pułapkę (samsary)?

Tu znowu przychodzi z pomocą medytacja. Powrót do początku. Nie wyczekiwanie jakiegoś efektu. Osadzenie w teraźniejszości. Czytałem kiedyś pewną lekturę ale ona jest na tyle odjechana, że nie odważę się podać tu tytułu, o jednym mistrzu jogi, który w tym życiu tak rozwinął swoje możliwości, że w efekcie zobaczył swoją śmierć. Jak wiemy reinkarnacja dla takiego jogina to nie koniec życia, tylko możliwość powrotu, w powiedzmy to innej wersji i kontynuacja rozwoju. Ale nawet on, gdy zobaczył tę śmierć przeląkł się, wystraszył, oblały go poty. Bo to jednak szkoda zostawiać to ciało matce ziemi. Oczywiście poukładał to sobie i odszedł w spokoju. Uporał się ze strachem i żalem.

Zwróć proszę uwagę, że piszę teraz dość szeroko, nie oceniaj mnie kryteriami czy ja w to, albo tamto, wierzę czy nie. Ocenianie innych to jedna z tych cech, która opóźnia nasz rozwój. Karmi EGO i często jest przyczyną wielu, bardzo wielu problemów. Potraktuj ten tekst jako przemyślenia i refleksje. To, czy są zbieżne z twoimi czy nie, nie ma znaczenia. Po prostu przyjmij, przeczytaj. Proszę.

Jedną z metod poradzenia sobie ze śmiercią jest powierzenie siebie Bogu. Zaufanie mu. I tu kolejna uwaga - jeśli nie pasuje ci Bóg, to podstaw sobie tutaj słowo np. Wszechświat, Żródło, Najwyższa Energia, cokolwiek, co jest ci bliższe kulturowo, światopoglądowo. Ja osobiście wolę Boga.

Jak już bardzo, ale to bardzo nie po drodze jest Ci Bóg, reinkarnacja, źródło etc. to niech cię pocieszy fakt, że nie ma innego wyjścia. Skoro się urodziłeś, musisz umrzeć. Na to nie masz wpływu. To jedyna pewność w życiu, na milion procent. Możesz jedynie wpłynąć na to, co jest pośrodku. Można zrzędzić i całe życie NIE BYĆ, albo można BYĆ. NieBycie może być często nieświadome, wynikające z faktu, że nikt ci wcześniej nie pokazał ścieżki, drogi. Ja nie mam absolutnie żadnych aspiracji aby taką drogę pokazywać. Mówię tylko o swoich przemyśleniach. Kurcze, znowu się bronię bo drugi raz podkreślam ten fakt.

Jeżeli się nie mylę to buddyści uznają, że już samo narodzenie jest cierpieniem i całe nasze życie jest cierpieniem, dlatego też Budda tak poświęcił się zgłębianiu prawdziwej natury życia, aby nauczyć ludzi przed tym cierpieniem się uchronić.

Zresztą nie tylko Budda, Jezus też dawał wskazówki. I co z tego wynika? Dalej mamy jeden wielki sajgon. A dlaczego? Bo wydaje nam się, że jesteśmy najmądrzejsi. Smutne. Bo oceniamy na przykład Kościół jako instytucję i odrzucamy przez to całą religię. Przestajemy wierzyć, bo nie starcza nam cierpliwości do praktykowania nauk Buddy albo Jezusa, i się wysypujemy. Powodów są setki. Przez całe życie szukamy wypełniaczy, aż w końcu dopada nas coś co jest nieuniknione.

Śmierć.

Dopadnie nas w nocy, w wypadku, na wojnie. Jak już nas dopadnie to po zawodach. Ale pamiętaj, zanim to zrobi żyj tak, jakby jutra miało nie być. Pokusa, aby iść w tany na całego może się pojawić, ale nie o to mi chodzi. Trenuj spokój umysłu, medytuj, módl się, kochaj, współczuj, szanuj - bo to wszystko masz w zasięgu ręki.

W 2015 roku pewnej środy, zadzwoniłem do mojego taty, aby omówić jego wizytę u mnie. Wizyta miała się odbyć w najbliższy weekend. Tak się jednak poukładało, że w czwartek, niestety, to ja jechałem do niego, ale po to, aby organizować jego pogrzeb, a w sobotę oddałem go matce ziemi na wieczność. Byłem maksymalnie zaskoczony i zdruzgotany. Na pytania rodziny DLACZEGO zawsze odpowiadałem, że nie ma na to odpowiedzi. Tak musiało być. Długo trwało, zanim to sobie poukładałem. Był żal i to było naturalne. Był Bóg, był Kościół, Była też medytacja.

Medytacja ma jedną bardzo poważną, potężną cechę. Nie uchroni przed smutkiem, żalem, strachem itp. Pozwala jednak na szybszy powrót do rzeczywistości. Na osadzenie siebie w realiach życia, bo w końcu to co minęło to minęło. Nie powoduje znieczulenia, tylko ułatwia przepracowanie zdarzenia. Do medytacji będę często powracał, bo powiem to przewrotnie, jest lekiem na całe zło. Bardzo wiele osób to już wie, miliony o tym wiedziały ale już ich nie ma, no i miliony jej nie doświadczą. A w której grupie osób jesteś ty?